Czy to możliwe, żeby samemu, niezależnie od tego, co się obecnie dzieje, poprawić sobie jakość życia? Tak. Wystarczy spojrzeć na nie i siebie z innej perspektywy. O tym, czym jest psychologia pozytywna i dlaczego hedonizm nie sprawdza się w dłuższej perspektywie, mówi psycholożka, dr MARLENA KOSSAKOWSKA

NEWSWEEK PSYCHOLOGIA: Słowo „pozytywnie” jest ostatnio nadużywane, że aż mdli. Jest nawet psychologia pozytywna. Sęk w tym, że nie do końca wiadomo, o co w niej chodzi, bo przecież nie o to, żeby być zawsze zadowolonym.

DR MARLENA KOSSAKOWSKA: Oczywiście, że nie. To próba integracji wiedzy psychologicznej dotyczącej pozytywnych stron człowieka. Psychologowie pozytywni wychodzą z założenia, że ludzie w naturalny sposób dążą do poczucia szczęścia i dobrego życia. Dlatego’pomagamy im poznać swoje zasoby, czyli tzw. siły, cechy charakteru. Warto, żeby wiedzieli, co w nich jest wartościowego, które przekonania ułatwiają im życie, a które je utrudniają.

Dążenie do szczęścia staje się dziś nową religią, więc psychologia pozytywna idealnie się w ten trend wpisuje.

– Dostrzegam dwie narracje szczęścia: hedonistyczną i eudajmonistyczną. Pierwszy sposób opiera się na doświadczaniu emocji związanych z przyjemnością i przyjemne życie staje się celem samym w sobie. Ale wielu z nas to nie wystarcza i chcemy żyć z myślą o innych. Dzieląc się tym, co mamy, świadomie doświadczamy dyskomfortu. Chcemy żyć dla wzniosłych celów – i to jest właśnie nurt eudajmonistyczny z szerszym ujęciem tzw. dobrostanu. Bo oprócz dążenia do przyjemności przez zmysły jest potrzeba przyjemności czerpanej z troski o innych i życie pełne zaangażowania. Dobrym przykładem jest posiadanie dzieci. Założenie rodziny oznacza rezygnację z pojmowanej hedonistycznie przyjemności. Z badań wynika, że ludzie, którzy mają dzieci, mają też więcej dyskomfortu. A jednak decydują się na nie. Celem jest zatem coś, co jest ponad tym. Coś transcendentnego.

Transcendentnego jak miłość?

– Oddzielmy emocje przyjemnościowe od tych związanych z radością. Jeśli je wszystkie wrzucimy do jednego worka, to będzie zamieszanie. Psychologia pozytywna mówi o emocjach związanych z radością, miłością, zadowoleniem. Dążenie do radości jest innym procesem psychologicznym niż dążenie wyłącznie do przyjemności.

Na czym polega różnica?

– W psychologii pozytywnej mówimy o emocjach przyjemnościowych w drodze do doceniania życia. Dlatego ważne jest zaangażowanie w coś, w czym człowiek dobrze się czuje – życie rodzinne, zawodowe, podróże, rozmaite osiągnięcia. Także pozytywne relacje. Nie chodzi o samą przyjemność, bo nie jest ona celem samym w sobie, jest ona na drodze do poczucia sensu. Usensownienie z kolei tego, co nas spotyka, daje poczucie prawdziwego szczęścia.

Napisała pani książkę „Projekt: Dobre Życie”, bo uważa, że poczucie szczęścia można wypracować. Mówiąc wprost – zrobić je sobie, wręcz zaprojektować. Brzmi niewiarygodnie.

– Książka to zestaw codziennych ćwiczeń polegających na zmianie przekonań, na bazie zasobów, które człowiek posiada. Ćwiczenia oparte są na koncepcji znanego amerykańskiego psychologa z Uniwersytetu Pensylwańskiego, prof. Martina Seligmana. Są empirycznie zweryfikowane, ponieważ zostały opracowane na podstawie badań i lat pracy. Seligman i inni psychologowie pozytywni uważają, że szczęście w dużej mierze zależy od naszej aktywności i zachowań racjonalnych. Często mówimy o szczęściu w kontekście hedonizmu, ale Seligman mówi o szczęściu autentycznym, które jest możliwe, kiedy człowiek ma poczucie sensu. Sens jest możliwy, gdy żyjemy w zgodzie ze swoimi cechami charakteru, potrzebami, upodobaniami, w ciągłym rozwoju, gdy wykorzystujemy swoje zasoby, mamy wartości, dobre relacje.

Jaka cecha charakteru jest zasobem?

– Na przykład odwaga, silna wola, optymizm.

Z perspektywy terapeuty zajmującego się traumą widzę, że jeśli człowiek ma na koncie trudne doświadczenia, to i negatywne przekonania: jestem nic niewart, ludzie tylko krzywdzą, świat to piekło. Trudno w takiej sytuacji pracować nad samymi zasobami bez pracy nad źródłami tych przekonań.

Psychologia
Psychologia

– Tak, to prawda. Ale są też ludzie, którzy najpewniej nie trafią do psychoterapeuty, którzy pomimo wcześniejszej traumy żyją dobrze, odnoszą sukcesy i są szczęśliwi. Psychologowie pozytywni w badaniach skupiają się także na nich, żeby rozwikłać zagadkę ich dobrego samopoczucia, zadając sobie pytanie, co takiego sprawia, że potrafią cieszyć się swoim życiem w tak trudnych okolicznościach. W „Projekcie: Dobre Zycie” nie pracuje się nad rzeczami trudnymi. To nie jest psychoterapia. Tli bazuje się na tym, co sprawia radość i przyjemność. Na przykład: jestem osobą sprawiedliwą, czyli jestem uczciwa, nie oceniam pochopnie, jestem rozważna. Albo jestem życzliwa, zatem potrafię wyrazić wdzięczność, powiedzieć innym dobre słowo. Jeśli jestem szczera, to także autentyczna, żyję w zgodzie ze swoimi wartościami. I tak z książką w ręku rozwiązuję test, sprawdzając, jakie są te moje mocne cechy. Natomiast przez kolejne tygodnie pracuję nad wzmocnieniem ich. Korzyścią jest już sam fakt, że poznaję siebie, wiem, jakie mam tak zwane siły charakteru – poznaję swoje zasoby. Jest to bliższe nurtowi terapii behawioralno-poznawczej niż psychoanalitycznej. Książka opiera się na dwóch głównych filarach: wzmacnianie swoich i tak mocnych już stron oraz kultywowanie emocji pozytywnych. Praca z projektem jest przyjemna.

Ale czy są ludzie, których życie było i jest tak bezproblemowe, że mogliby pracować tylko nad tym, co dobre? I odczuwać jedynie przyjemność?

– Jeśli wewnętrzny konflikt przeszkadza nam w życiu, to warto iść na terapię. Jeśli mam przekonanie, że ludzie to potwory, które krzywdzą, i lepiej ich unikać, to książka nie pomoże. Ale kiedy chciałabym mieć przyjaciół, a nie mam, nie obwiniam innych, tylko przyjmuję, że sama mogę popełniać jakiś błąd, wtedy „Projekt: Dobre Życie” może zadziałać. Okaże się, że można zwyczajnie do kogoś zadzwonić i zaproponować spotkanie, a nie czekać na telefon. A jeśli ten ktoś odmówi, nie obrażać się, bo przecież ma prawo do innych planów. Nie należy myśleć kategorią odrzucenia, to jest czynnik sytuacyjny. Jeśli jednak brnę w zranienie, to jest to kompletnie dezadaptacyjne.

Czyli wtedy na terapię?

– Jeśli ktoś chce zmienić sposób myślenia – tak.

Nie warto się po takim epizodzie zniechęcać, tylko próbować dalej, bo nie wszystko zależy ode mnie – to pomaga zrozumieć książka?

– W psychologii pozytywnej skupiamy się na tym, co dobre. Koncentrując się na zasobach, wydobywając je, można pomóc ludziom szybciej. Książka uczy też uważności – tego, żeby zauważać dobre rzeczy, które się dziś wydarzyły. Stałam w korku, ale świeciło słońce, a drzewa miały piękną zieleń. Zaspałam do pracy, ale dzięki temu w końcu się wyspałam.

Brzmi jak mindfulness.

– Jak najbardziej, pytanie, kto z kogo korzystał.

Mnóstwo kobiet, niezależnie do wieku, ma wiele negatywnych przekonań na temat swojej fizyczno-ści. Że za grube, za chude, za stare, za brzydkie… i przez to nikt ich nie kocha. Czy takie osoby mogą zrealizować projekt i poczuć się lepiej?

– Czym innym jest ważyć 50 kg przy wzroście 160 cm i czuć się źle, a czym innym ważyć 100 kg przy tym samym wzroście. Drugi przypadek może być problemem zdrowotnym, z którym samodyscypliną nie sposób sobie poradzić. Ale to dobry przykład, z którym miałam do czynienia, pracując w USA. Poznałam osoby, które były otyłe, ale czuły się ze sobą dobrze i dobrze o sobie myślały, bo miały wysoką samoocenę, a ta nie ma wiele wspólnego z wyglądem. Bywa, że kobiety schudną i nadal mają złe samopoczucie. Zatem nie to jest przyczyną ich dyskomfortu. Pytanie, na ile problem jest natury psychicznej, na ile zdrowotnej. Jeśli człowiek „zajada problemy”, to oznacza problem psychologiczny.

Żyjemy w świecie pozytywnych uzdrawiaczy

– tak ich nazywam. Zalecają uśmiech rano do lustra, „a wtedy twoja głowa to zapamięta i będziesz pogodny”. Radzą też: „załóż szpilki i spódnicę, a od razu poczujesz się pewna siebie”. Jak odróżnić ziarno od plew?

– Trzeba sięgać po literaturę popartą dowodami empirycznie zweryfikowanymi. Ludzie, którzy robią show dla setek ludzi, to najczęściej ci, którzy sprzedają mrzonki lub tylko inspirują do zmiany, a to za mało. Zmianę trzeba wprowadzić do życia na stałe, a to wymaga cięższej pracy. Ponadto po dokonaniu zmiany nasze samopoczucie powinno się poprawić, wtedy zmiana jest prawdziwa.

No właśnie, a oni łudzą, że zawsze można wytyczyć sobie cele i zrealizować plan bez pozostania w dyskomforcie.

– Na przykład. Prawda jest też taka, że ludzie potrzebują natychmiastowych efektów, a praca z moją książką wymaga systematyczności. I to przez sześć tygodni. Nie każdy jest w stanie tyle czasu zainwestować w pracę nad sobą. Jeśli przykleję sobie na lodówce kartkę z moimi siłami charakteru, to one będą mi się przypominały, ale nie oznacza to, że będę szczęśliwa. Jeśli napiszę sobie: optymizm jest moją siłą, to nie znaczy, że mam sobie wmawiać, że jestem szczęśliwa, kiedy mi źle.

Słowo klucz to „urealnienie”. Plan musi być realny, żeby zadziałał?

– Jeśli jestem niepoprawną optymistką, czyli zaprzeczam faktom, to izoluję się na swój sposób od rzeczywistości. Nie o to chodzi w optymizmie.

A o co?

– Optymizm nie polega na zaprzeczaniu i pocieszaniu. Tylko zauważaniu różnorodności, w tym dobrych stron życia. Niekoniecznie natychmiast, kiedy mój przyjaciel zwierza mi się i wypłakuje. W naszym zespole cały czas trwają badania podłużne nad skutecznością projektu. Jego uczestnicy uzyskali bardzo dobre efekty w sferze zadbania o swoje emocje, poprzez zwiększenie pozytywności, zwiększenia sensu w życiu oraz w angażowaniu się w codzienność. Pozostałe składowe dobrostanu pozostały bez większych zmian. Przeczytam pani, co do mnie piszą: „Nauczyłem się, że trzeba doceniać siebie, że życie to takie małe chwile”. Albo: „Warto poświęcać czas również sobie”. Lub: „Dobre życie to moje życie, nawet jeśli z planów nic nie wychodzi”.

Genialne i proste: „dobre życie to moje życie, nawet jeśli z planów nic nie wychodzi”. Ludzie, zakładając projekty, wyobrażają sobie, że dostaną dokładnie to, czego chcą. A życie bywa też niesprawiedliwe i bezwzględne. Nie spełnia marzeń. Mamy różne wyobrażenia na temat życia, na różnych etapach trzeba je weryfikować.

– Jest tak, jak pani mówi. „Największym odkryciem dla mnie było to, że to my sami możemy odpowiadać za nasze szczęście i odpowiadać na nie w każdej sytuacji. I nie ma znaczenia, co nam się przytrafi w życiu, bo najważniejsze będzie to, jaki my będziemy mieli wpływ na to, co się stanie” – pisze inna uczestniczka. O to właśnie chodzi.

Wie pani, że sama zrobiłam sobie swój projekt?

I co pani wyszło?

– Robiłam, go będąc na stypendium w USA. Okazało się, że najważniejsza nie jest dla mnie kariera, tylko rodzina i przyjaciele. Ze tęsknię za nią i nie ma mowy, żebym w Stanach została! Uświadomiłam sobie, że nie mogłabym żyć za granicą, a moje miejsce jest w Polsce, z bliskimi

Facebook Comments
Załaduj więcej Redaktor
Załaduj więcej Dla pracowitych

Dodaj komentarz

Sprawdź też

Niepowtarzalne smaki

Dla wielu osób smak potrawy jest najważniejszy. Przez nieodpowiedni dobór czy złą ilość pr…